Wraz z końcem oraz z początkiem Nowego Roku na naszym blogu pojawi się trochę zmian, trochę nowości, trochę różnorodności. Będziemy starać się z każdym miesiącem nadal urozmaicać naszą stronę internetową. Zarówno w sferze prognoz, jak i wiadomości pośrednio związanych z meteorologią. Nadal pojawiać się będą prognozy krótkoterminowe jak i długoterminowe, ale dodatkowo od czasu do czasu będziecie mogli ujrzeć posty o takim charakterze jak ten. A więc przejdźmy do głównego tematu postu.
Śnieg, każdy z nas na pewno widział opadające z nieba płatki śniegu, ale czy ktoś z nas zastanawiał się jak powstaje ten specyficzny rodzaj opadu i jak dokładnie wyglądają opadające płatki śniegu ?
W Parku Narodowym Tarangire w Tanzanii odnaleziono bardzo rzadkie zwierzę - białą żyrafę. Anomalia powstała na skutek zmian genetycznych. Mutacja doprowadziła do tego, że umaszczenie żyrafy stało się białe, a skóra pod nim różowa, ze względu na brak melanocytów komórkowych.
Według ekspertów z Instytutu Badań nad Dziką Przyrodą (Wild Nature Institute), komórki skóry tej żyrafy nie są w stanie wyprodukować melaniny, pigmentu, którego brak powoduje bielactwo. Zwierze nazwano Omo po popularnej marce detergentu. Według zoologów, białą żyrafę pierwszy raz zauważono na początku ubiegłego roku.
Ponownie zlokalizowano małą, białą żyrafę w styczniu tego roku, prawie rok później. Pracownicy parku narodowego stwierdzili, że są bardzo zadowoleni z tego, że żyrafa jest żywa i ma się dobrze. Omo miał dużo szczęścia, ponieważ, jak wynika z danych Giraffe Conservation Foundation, ponad połowa wszystkich młodych żyraf ginie przed osiągnięciem sześciu miesięcy. Młode zwierzęta przeważnie padają ofiarą lwów i hien.
Niestety, niezwykły kolor zwierzęcia może również przyciągać uwagę kłusowników. Pracownicy Parku Narodowego Tarangire starają się zapewnić bezpieczeństwo swoim zwierzętom, ale często jest to iście syzyfowa praca. Ostatni pomysł zwalczania kłusownictwa zakłada wykorzystanie w tym celu bezzałogowych dronów, które stale monitorują to, co się dzieje w parku.
Z nowego raportu ONZ, opublikowanego 23. listopada wynika, że ekstremalne zjawiska pogodowe takie jak powodzie i fale upałów w ostatniej dekadzie występowały dwa razy częściej, niż dwie dekady temu. Szczególnie pokrzywdzone są kraje azjatyckie.
Najnowszy klimatyczny raport ONZ został opublikowany na tydzień przed planowanym spotkaniem przywódców światowych w Paryżu, którego celem jest omówienie planów społeczności międzynarodowej w zakresie redukcji emisji gazów cieplarnianych, co zdaniem wyznawców teorii globalnego ocieplenia, ma zapobiec wzrostowi temperatury naszej planety.
Zdaniem ekspertów z ONZ, poziom dwutlenku węgla w atmosferze w ciągu ostatnich 30 lat pobija co roku nowe rekordy. Według ONZ, od 1995 roku klęski żywiołowe zabiły 606 tysięcy ludzi, a kolejne 4,1 mld osób zostało rannych lub stało się bezdomnymi.
Pomimo tego, że informacje na temat ekstremalnych zjawisk, takich jak trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów czy tsunami często znajdują się na pierwszych stronach gazet, stanowią one tylko 10% notowanych klęsk żywiołowych. Według statystyk, od 2005 do sierpnia 2015 roku corocznie na świecie występuje średnio 335 katastrof związanych z niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. W porównaniu z okresem między rokiem 1995 a 2004, liczba ta wzrosła o 14%, a w porównaniu z latami 1985-1994 ilość katastrof niemal się podwoiła.
W ciągu ostatniej dekady najwięcej katastrof spowodowanych przez warunki atmosferyczne wystąpiło w takich krajach, jak Stany Zjednoczone, Chiny, Indie, Filipiny i Indonezja. Według szacunków ONZ, wszelkie katastrofy naturalne na świecie mogą kosztować rocznie astronomiczną sumę 300 mld dolarów.
Choć raport nie precyzuje w jasny sposób, kto ponosi odpowiedzialność za wzrost liczby klęsk żywiołowych, stwierdzając tylko ogólnikowo, że odpowiadają za to zmiany klimatu, padają stwierdzenia, że ta tendencja utrzyma się w nadchodzących latach, a liczba ekstremalnych zjawisk pogodowych będzie się nadal zwiększać.
Biolodzy podczas przeglądu raf koralowych na Oceanie Spokojnym znaleźli biofluorescencyjnego żółwia. Zdaniem badaczy, wyglądał on, jak „statek ufo pokryty masą zielonych i czerwonych światełek”.
Według CNN, podczas filmowania małych rekinów i raf koralowych na Wyspach Salomona na Południowym Pacyfiku, naukowcy przeżyli szok, widząc pojawiającego się znikąd świecącego żółwia morskiego. Gad promieniował neonowymi kolorami zieleni i czerwieni. Okazało się, że żółw jest przedstawicielem rodziny zagrożonego gatunku żółwi szylkretowych (Eretmochelys imbricata).
„To było wspaniałe” - powiedział David Gruber, biolog z City University of New York, w rozmowie z CNN. „Żółw podpłynął do naszego zespołu podczas filmowania rafy koralowej. Wygląd żółwia był niesamowity i zaskoczył nas wszystkich".
David Gruber zauważył, że ostatnio naukowcy coraz bardziej zwracają uwagę na zjawisko biofluorescencji osobliwych mieszkańców morskich.
„To trochę jak detektywi” - powiedział Gruber. „Wszystko zaczęło się od meduz i koralowców. Odkrycie meduzy fluorescencyjnej i korali doprowadziło do monumentalnych przełomów w naukach biomedycznych”.
W przeciwieństwie do zjawiska bioluminescencji, gdy organizm produkuje własne światło za pomocą reakcji chemicznych, tj. świetliki, biofluorescencja jest zjawiskiem związanym z pochłanianiem światła, przetwarzaniem i emitowaniem go w różnych kolorach przez zwierzę. Oprócz meduzy i koralowców, naukowcy odkryli kraby biofluorescencyjne i ponad dwieście gatunków rekinów, a także ryb.
Poszczególne organizmy wykorzystują te właściwości, jako balsam, przynętę, sposób maskowania i porozumienia się. Po co żółwiom biofluorescencja? Naukowcy nie umieją jeszcze odpowiedzieć na to pytanie. Najprawdopodobniej zielone światło pomaga gadom maskować się na tle rafy koralowej. W przyszłości Gruber i jego koledzy planują ustalić, czy żółwie widzą biofluorescencje, a także to, czy pozyskują one niezbędne środki chemiczne z żywności, czy też produkują je sami.
Należy pamiętać, że świecące żółwie gatunku szylkretowego są zagrożone wyginięciem z powodu zmian klimatycznych. W przyrodzie istnieje tylko kilka tysięcy samic zdolnych do rozmnażania się. Eretmochelys imbricata przypomina zielonego żółwia, ale jest mniejszy. Długość ciała zwierzęcia waha się przedziale od 60 do 90 cm, a waga od 45 do 55 kg.
Wiele wskazuje na to, że białe nosorożce północne niedługo zupełnie znikną z powierzchni Ziemi. W tej chwili na świecie żyją już tylko cztery osobniki tego gatunku. Na dodatek pozostały przy życiu samiec jest prawdopodobnie za stary i nie nadają się już do rozrodu.
Samiec o imieniu Sudan jest tak cenny, że w rezerwacie w Kenii, gdzie przebywa z dwoma samicami, strzegą go dzień i noc uzbrojeni strażnicy. Sudan pochodzi z Czech. Urodził się w ZOO w Dvur Kralove. Od 2009 roku przebywa w Afryce w rezerwacie OI Pejeta w Kenii. Niestety nie doszło od tego czasu do rozmnożenia gatunku.
Kilka dni temu w tym samym czeskim ZOO zdechła samica Nabire. Po jej śmierci w niewoli znajduje się tylko jedna samica, która mieszka w ZOO w San Diego. Są też wspomniane dwie samice i jeden samiec w Kenii. To wszystko. Jeśli samiec nie stanie na wysokości zadania możemy pożegnać ten gatunek w ciągu następnych kilkunastu lat.
Nosorożce afrykańskie są zwierzętami zagrożonymi wyginięciem ze względu na głupi przesąd. Chińczycy wierzą w to, że sproszkowany róg nosorożca jest skutecznym afrodyzjakiem. Aby tą dziwaczną "viagrą" nasycić azjatyckie czarne rynki trwa rzeź nosorożców, którym potem odżyna się róg dokładnie tak samo jak w przypadku kości słoniowej. Z tego powodu praktycznie wszystkie ich podgatunki są zagrożone, a niektóre, jak biały nosorożec północny nawet ekstremalnie. Ich populacja zmniejsza się radykalnie od XX wieku. Jeszcze w 1960 roku było około 2000 osobników, a w 1984 roku było już tylko 15.
Południowy biały nosorożec również jest zagrożony, ale przedstawicieli tego gatunku można jeszcze zobaczyć w naturze. Zdaniem naukowców, w tej chwili jest około 20 tysięcy nosorożców tego gatunku. Ekolodzy dokładają wszelkich starań, aby chronić białe nosorożce południowe.
Według niektórych badaczy, Ziemia wkracza obecnie w nowy okres masowego wymierania gatunków tylko tym razem winni tego są ludzie. Zmniejszający się habitat wielu gatunków zwierząt i dziwne zwyczaje takie jak stosowanie sproszkowanego rogu nosorożców, czy też uwielbienie dla produktów z kości słoniowej, mogą tylko przyspieszyć wymieranie dużych afrykańskich ssaków.
Australijskie miasto Maningrida zostało zajęte przez około 25 tysięcy pająków podobnych do tarantuli. Jadowite pająki wypełniły ulice miejscowości zamieszkiwanej przez około dwa tysiące osób. Wychodzi po 12 jadowitych pająków na każdego mieszkańca.
Specjalista w zakresie arachnologii, dr Robert Raven powiedział, że naukowcy nie mogą jeszcze odpowiedzieć na pytanie, co dokładnie spowodowało inwazję pająków. Według niego zwykle w tym samym miejscu znajduje się maksymalnie 200 do 300 gatunków tarantuli. Raven uważa, że przyczyną migracji pająków mogą być zmieniające się warunki środowiskowe w ich zwyczajowym miejscu zamieszkania. Nie można też wykluczyć, że do miasteczka przyciąga je mnóstwo dostępnego łatwo jedzenia.
Australijska media zwracają uwagę, że większość z tych dużych pająków mieszka w obszarach pustynnych i zalewowych. Niektórzy mieszkańcy miasta próbowali nawet dotykać jadowitych stworzeń, ale nie stwierdzono przypadków ukąszenia ludzi.
Jad ptaszników może być zabójczy dla niektórych zwierząt, ale nie stanowi zagrożenia dla życia ludzkiego. Ukąszeni opisują ból jako przypominający ukąszenie szerszenia. Toksyna może jedna powodować gorączkę i wymioty.
Od ponad miesiąca rybacy pływający u wybrzeży wyspy Kodiak na Alasce obserwują kolejne martwe wieloryby. Według ekspertów z National Oceanic and Atmospheric Administration, w ciągu ostatnich 30 dni znaleziono co najmniej dziewięć nieżywych wielorybów.
Dziwne jest to, że śmierć zwierząt wystąpiła w tym samym czasie i w tym samym miejscu. Fakt ten prowadzi naukowców do wielu nieporozumień, ponieważ biolodzy morscy rzadko mają do czynienia z więcej niż jednym przypadkiem śmierci wielorybów na dwa lata.
Tusze wielorybów nie mają śladów drapieżników, więc ta wersja jest na starcie wykluczona. Teraz naukowcy usiłują potwierdzić, że śmierć zwierząt nastąpiła ze względu na obecność w wodzie morskiej biotoksyn.
Próbki wody pobierane w miejscach śmierci wielorybów, nie wykazały jednak żadnych śladów obecności niebezpiecznych substancji. Jednak miesiąc temu, kiedy doszło do pierwszych przypadków śmierci zwierząt, warunki w jakich funkcjonowały wieloryby, mogły być zupełnie inne.
Naukowcy w końcu przyznali, że możemy być u progu kolejnego, szóstego już wielkiego wymierania gatunków na naszej planecie. W sumie mamy dowody świadczące o pięciu takich tragicznych wydarzeniach w historii Ziemi. Obecne, szóste, jest wywołane przez nieznane czynniki. Naukowcy zwracają jednak uwagę, że dominujące przyczyny to zmiany klimatu, niszczenie siedlisk i niezdolność gatunków do migracji w nowe miejsca.
Grupa naukowców pod kierunkiem znanego amerykańskiego biologa Paula Ehrlicha, analizowała tempo wymierania zwierząt w różnych epokach. Stwierdzono, że fauna Ziemi wchodzi obecnie w etap szóstego masowego wymierania. Jego wynikiem może być też zniszczenie ludzkości. W ciągu ostatnich 500 lat z powierzchni Ziemi zniknęło ponad 900 gatunków organizmów o których wiedzieliśmy, że istniały. W tym bezpowrotnie utracone zostało 80 gatunków ssaków.
Według dostępnych danych naukowych w przeszłości ginęły bezpowrotnie średnio 2 gatunki zwierząt na milion lat. Jednak w samym 2004 roku ilość wymierających gatunków osiągnęła 1000 razy większe przyspieszenie niż w czasach prehistorycznych. Eksperci obliczyli, że wyższe stopy wyginięciem zwierząt niż przed pięciu poprzednich fal masowej śmierci życia na Ziemi.
Profesor Paul Ehrlich z Uniwersytetu Stanforda, jest po prostu kolejnym naukowcem, który zwraca na to uwagę. Artykuł opublikowany przez niego w magazynie Science dowodzi, że Ziemia wkroczyła już w okres wielkiego masowego wymierania. Nie wiadomo jednak czy możemy coś z tym zrobić czy też pozostaje tylko przyglądanie się temu. Można się przynajmniej starać nie pogarszać tego procesu niszczącą działalnością ludzkości. Jednak realia są takie, że człowiek obejmuje we władanie coraz większe terytorium, co skutkuje niszczeniem siedlisk wielu gatunków.
W zachodnim Kazachstanie padają tysiące zagrożonych wyginięciem antylop z gatunku saiga. Liczba padłych zwierząt dochodzi już podobno do 85 tysięcy. To kolejny cios dla wysiłków na rzecz ochrony tego gatunku długonosych ssaków. Jako przyczyna masowego wymierania podejrzewana jest choroba zakaźna.
Saiga jest to charakterystyczne stworzenie z długim, garbatym nosem, który umożliwia mu filtrowanie powietrza w czasie letnich zakurzonych miesięcy i umożliwia też oddychanie ciepłym powietrzem podczas zim. Saigi zamieszkują głównie odległe rejony Kazachstanu, Uzbekistanu, Turkmenistanu, Mongolii i Rosji. Od dawna znajdują się na liście krytycznie zagrożonych wyginięciem gatunków.
Liczba Saig w Kazachstanie z powodu popytu na mięso i rogi zmniejszyła się od 1992 do 2003 blisko 50 razy. Z populacji około miliona osobników zostało nieco ponad 20 tysięcy. Od 2004 roku, dzięki realizacji działań na rzecz ochrony gatunków, populacja Saigi stopniowo wzrasta. Według Ministerstwa Rolnictwa Kazachstanu, w 2014 roku liczba antylop tego gatunku wyniosła 265 tysięcy osobników.
Od dawna wiadomo, że wiele dużych zwierząt, takich jak słonie czy nosorożce może się wkrótce znaleźć na krawędzi wymarcia. Trudno uwierzyć, ale ogromne stada zebr i antylop w parkach narodowych Afryki również mogą być w niebezpieczeństwie. Nowe badania opublikowane w czasopiśmie Science Advances, sugerują, że w związku z polowaniami, utratą naturalnych siedlisk wyginięciem zagrożone jest 60% dużych roślinożerców.
Badanie przeprowadzono na Uniwersytecie w Oregonie pod przewodnictwem profesora Williama Ripple. Przeanalizowano stan populacji większości zwierząt roślinożernych o wadze powyżej 100 kg. Wzięto pod uwagę szerokie spektrum gatunków od słoni po renifery. Wcześniej podobne badanie przeprowadzono również dla drapieżników i konkluzja jest taka sama. Może dojść do wyginięcia wielu znanych obecnie gatunków.
Wcześniej uważano, że głównym czynnikiem wpływającym na spadek różnorodności biologicznej jest działalność człowieka, który przekształca sawanny i inne dzikie obszary stanowiące zwykle siedliska dzikich zwierząt. Od 1980 roku obszar wydarty naturze potroił się. Okazało się jednak, że jeszcze większy wpływ na liczebność populacji dużych roślinożerców są polowania w celu pozyskania mięsa. Ponadto, wiele gatunków jest wybijane ze względu na pozyskanie ich części ciała, które są uważane za lecznicze lub nawet magiczne.
Naukowcy w swojej pracy, dodają, że roślinożercy odgrywają znacznie większą rolę w utrzymaniu równowagi ekologicznej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie tylko służą to jako źródło pożywienia dla zwierząt mięsożernych, ale także wykonują inne pożyteczne funkcje. Na przykład stada roślinożernych wydeptują ścieżki, pozbawione roślinności, które utrudniają rozprzestrzenianie się pożarów. Nie do przecenienia dla środowiska jest również przenoszenie w ich odchodach nasion roślin na długich dystansach.
Według naukowców tylko działania uzgodnione na poziomie międzynarodowym mogą powstrzymać tą trwającą eksterminację. Konieczne jest też nagłaśnianie takich problemów w mediach, ponieważ są praktycznie nieobecne. Należy też dokonać przeglądu polityki rolnej niektórych krajów i próbować powstrzymać kłusowników, którzy gotowi są zabić słonia czy nosorożca, po to tylko aby oderżnąć im kły czy róg.
Najnowsze badania naukowe wskazują na to, że obecne w Europie gatunki pszczół są w kłopocie. Liczebność populacji tych zwierząt spada w drastyczny sposób. Jeśli nie zostanie to jakoś wyhamowane to co dziesiąty gatunek wyginie.
W sumie na kontynencie europejskim zidentyfikowano dotychczas około 2000 rodzajów pszczół. Świadomość, że wkrótce zostanie to zredukowane dziesięciokrotnie jest porażająca. Pszczelarze twierdzą, że holokaust tych owadów powodują przede wszystkim pestycydy oraz zmiany klimatu.
Statystyki liczebności dzikich pszczół nie są do końca znane, ale można się spodziewać podobnych procesów wpływających na ich liczebność, jak te obserwowane dla populacji w jakiś sposób kontrolowanych przez człowieka. Bardzo niewiele osób w ogóle zauważa, że jest jakiś problem z liczebnością owadów zapylających, a ich znaczenie dla środowiska jest niezwykle istotne.
Problem polega na tym, że zdobycze biotechnologii w postaci pestycydów i upraw GMO zabijają nie tylko szkodniki, ale i pszczoły. Rośliny są modyfikowane tak, aby produkować substancje powodujące porażenie neurologiczne owadów, co czyni je nieszkodliwymi i bezbronnymi. Technologia ta jest lubiana przez farmerów, ale jej koszty są dużo wyższe niż się to wydaje.
Skoro 10% gatunków pszczół jest zagrożonych wyginięciem, oznacza to, że popełniono jakieś niewybaczalne błędy, które mogą spowodować, że owady zapylające nie będą w stanie wykonać swojej pracy, co oznacza, że żywności będzie mniej i będzie droższa. Jeśli komuś wydaje się, że jego ten problem nie dotyczy, to bardzo się myli, ponieważ kłopoty pszczół to tylko przedsmak kłopotów gatunku homo sapiens.
Dziesięć osób zginęło, a dziewięć zostało rannych w wyniku ataku dzikich słoni. Dziesiątki zwierząt zaatakowały w indyjskim stanie Bengal Zachodni. Jak mówią naoczni świadkowie, słoni było co najmniej 70.
Rozwścieczony słoń to poważne zagrożenie dla ludzi. Poza tym ważące po kilka ton zwierzęta niszczą wszystko co znajduje się na ich drodze. Działając w stadzie kilkudziesięciu osobników ich potencjał zniszczenia może być jeszcze większy. Indyjski Departament Leśnictwa wysłał w ten region specjalny zespół, który ma się zająć przegonieniem słoni z powrotem do lasu.
Władze potwierdzają, że liczba ataków słoni na osady ludzkie w stanie Bengal Zachodni, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zdecydowanie wzrosła. Zwierzęta zaatakowały około 100 osiedli, niszcząc przy okazji pola i plantacje bananów.
W Indiach dzikie słonie żyją przeważnie na południu i północnym wschodzie kraju. Pod koniec XX wieku ich liczba zaczęła gwałtownie spadać z uwagi na rozwój rolnictwa. Wylesianie pozbawia ich żywności. Głodne zwierzęta wędrują w poszukiwaniu pożywienia. Najbardziej niebezpieczne osobniki to samotne samce i samice z młodymi.
Na plażach w okolicy Zatoki Golden znalazło się ponad 200 dużych ssaków morskich, grindwali. Ponad 100 wolontariuszy usiłuje ratować zwierzęta, ale będzie to niezwykle trudne zadanie i większości zwierząt nie uda się już uratować.
Według nowozelandzkich portali już 24 grindwale nie żyją i kolejne będą padały w najbliższym czasie. Dzięki przypływowi udało się wyprowadzić w morze część z wielorybów, ale rokowania nie są optymistyczne, ponieważ, jak to określono, "pływały dość chaotycznie".
Obecni na miejscu ekolodzy obawiają się, że będzie to i tak daremne, ponieważ grindwale wrócą do większości stada uwięzionego na plaży. Eksperci twierdzą, że dziwne samobójstwa to kwestia natury tych stadnych zwierząt. Często podążają one za chorym osobnikiem i giną na plażach różnych oceanów.
W odróżnieniu od człowiekowatych, patrząc w lustro, rezusy nie rozpoznają swojego odbicia. Okazuje się jednak, że potrafią się tego nauczyć, a później spontanicznie korzystają z luster, by obejrzeć części ciała, których normalnie nie widzą.Nasze odkrycia sugerują, że małpi mózg jest wyposażony w podstawowy osprzęt, ale zwierzęta te potrzebują właściwego treningu, by nabyć program konieczny do samorozpoznania- podkreśla Neng Gong z Chińskiej Akademii Nauk.
W ramach wcześniejszych badań naukowcy dawali niekiedy bardzo młodym małpom lustra w różnych kształtach i rozmiarach, ale choć potrafiły się one nauczyć wykorzystywania ich do obserwowania różnych obiektów, nigdy nie występowały u nich jakiekolwiek oznaki samorozpoznania. Nawet gdy biolodzy rysowali na ich twarzach znaki, patrząc w lustro nie próbowały dotykać plam itp.
Zespół Gonga zastosował inny schemat eksperymentu. Małpy sadzano przed lustrem, a pysk oświetlano tylko lekko drażniącym promieniem lasera. Po 2-5 tygodniach zwierzęta nauczyły się dotykać oświetlanych rejonów twarzy (musiały bazować na widoku z lustra, bo lasera praktycznie nie dało się na skórze wyczuć).
U większości trenowanych zwierząt (5 na 7) zaobserwowano nakierowanie na siebie zachowania, zainspirowane widokiem siebie z lustra. Rezusy dotykały kolorowej (zielonej, czarnej bądź czerwonej) plamy na twarzy czy uchu, a potem przyglądały się albo wąchały palce.
[...] Nasze ustalenia wskazują na możliwość, że u pacjentów z zaburzeniami samorozpoznania, np. w przebiegu schizofrenii, autyzmu czy alzheimera] deficyty [w zakresie mechanizmów przetwarzania] da się wyeliminować za pośrednictwem treningu. Pożądane jest nawet częściowe odtworzenie zdolności samorozpoznania - przekonują autorzy artykułu z Current Biology.
Jak wiadomo zwykły cykl biologiczny żab jest taki, że nowe osobniki rodzą się na wiosnę. Wygląda na to, że anomalie temperaturowe, jakich doświadcza w tym roku Europa skutkują już poważnymi zaburzeniami w funkcjonowaniu świata flory i fauny. Jednym z przykładów takich zdarzeń jest to, że na 5 miesięcy przed planem na świat przyszło nowe pokolenie brytyjskich żab.
Żaby od zarania dziejów reprodukują się realizując coś w rodzaju programu. Młode osobniki przychodzą na świat wiosną, gdy warunki ich wzrostu zaczynają być coraz lepsze. Jednak tegoroczny niezwykle łagodny klimat brytyjskiej jesieni spowodował, że skrzek został złożony wyjątkowo szybko. Prawdopodobnie jesienią było tak ciepło, że żaby postanowiły przejść do rozmnażania na 5 miesięcy wcześniej niż zwykle. Naukowcy twierdzą, że to radykalna zmiana odwiecznego cyklu życiowego.
Po raz pierwszy skrzek żab zauważono już w dniu 21 listopada, a to zupełnie niespotykane. Mniej więcej w okolicach Nowego Roku nastąpią narodziny milionów kijanek. Naukowcy obawiają się, że anomalia natury spowoduje, że cała populacja zostanie utracona. Po prostu mrozy mogą być zabójcze dla żab.
Populacja północnoamerykańskich niedźwiedzi polarnych zmalała prawie dwukrotnie w pierwszej dekadzie XXI wieku. Naukowcy sądzą, że dzieje się tak z powodu ocieplenia klimatu. Badania, które to potwierdzają wykonały wspólnie US Geological Survey wraz z Ministerstwem Środowiska Kanady.
Eksperci z obu krajów przeprowadzili spis niedźwiedzi polarnych w stanie Alaska i na terytoriach północno-zachodnich w Kanadzie. Program badawczy był prowadzony od 2001 do 2010 r. Jak się okazało, w tym czasie liczba zamieszkujących te regiony zwierząt tego gatunku zmniejszyła się tam z około 1,6 tysięcy do zaledwie 900 osobników.
Naukowcy usiłują przede wszystkim wyjaśnić nagły wzrost śmiertelności niedźwiedzi w latach 2004-2007. W tym okresie na 80 młodych niedźwiedzi polarnych, które zostały oznaczone specjalnymi markerami, tylko dwa przeżyły. Wcześniej śmiertelność wśród nich nie przekraczała 50%. Specjaliści uznali, że zwierzęta umierają z głodu, ponieważ doszło do załamania łańcuchów pokarmowych. Eksperci uważają, że winę za ten stan rzeczy ponosi ocieplenie klimatu, powodujące topnienie arktycznego lodu.
Ze względu na zmniejszenie pokrywy lodowej w miesiącach letnich, niedźwiedzie polarne nie mogą dostać się do fok i innych zwierząt morskich i z tego powodu nie mają pożywienia. Obecnie w na terytorium Stanów Zjednoczonych, Kanady, Rosji, Norwegii i na Grenlandii żyje około 25 tysięcy zwierząt. Niedźwiedź polarny jest uważany za gatunek zagrożony wyginięciem.
W Australii żyją małe pszczoły bez żądeł. Jednak nie są to niewinne istoty, przynajmniej podczas walki o wypełniony miodem ul. Naukowcy badali prawdziwą bitwę pszczół, która miała miejsce w australijskim mieście Brisbane.
Ekolog dr Paul Cunningham i biolog molekularny James Hereward stwierdzili, że pszczoły w walce wykorzystują swoje szczęki jako broń, niszcząc oddziały przeciwników, a potem zabijają królową i zasiadają na jej tronie.
Dr Cunningham powiedział, że pszczoły atakują, wlatując w rój przeciwnika i toczą z nim śmiertelną walkę przy użyciu szczęk. Walczą głównie robotnice.
„Ani atakujący, ani broniący się nie przeżywają tych walk” - mówi naukowiec. „Na ziemi można obserwować wręcz dywan martwych i umierających owadów”.
Naukowcy obserwowali jeden z uli od 2008 roku i zarejestrowali w ciągu kilku tygodni trzy ataki. W końcu złamała się linia obrony i ogromny rój otoczył ul. Potem doszło do prawdziwej masakry. Najeźdźcy bezlitośnie pozbywali się pozostałych przy życiu robotnic.
„Początkowo myśleliśmy, że to dwie kolonie tego samego gatunku” - mówi Hereward. „Jedna, jak się okazało po analizie genetycznej martwych zwierząt, broniąca się rodzina należała do gatunku Carbonaria Tetragonula, a atakująca to Tetragonula hockingsi".
Gatunki te żyją w dziuplach i często można zaobserwować je w miastach, a ponad sześćset pasiek w Australii utrzymuje je do produkcji miodu.
Dr Cunningham powiedział, że po masakrze ul, nadzorowany przez ekspertów, uspokoił się i ślady walki w nim nie widać od kilku miesięcy. Naukowcy przeprowadzili badania genetyczne generacji. Nowa królowa ula była córką królowej, atakującej kolonię. Krótko mówiąc, w świecie pszczół dokonała się zmiana rządu.
Później naukowcy przebadali ponad 250 uli w pobliżu Brisbane i znaleźli dowody na czterdzieści sześć takich najazdów, które miały miejsce w ciągu ostatnich pięciu lat. I prawie zawsze zwyciężali T. hockingsi. Naukowcy wciąż mają wiele pytań. W szczególności są zainteresowani tym, co prowokuje atak i co dzieje się z młodymi po najeździe? Nie wiadomo, czy są one zabijane, czy wykorzystywane do pracy. Potrzeba kolejnych badań, aby lepiej poznać zwyczaje tych owadów.
Zespół naukowców z Texas Agricultural and Mechanical University, badając zachowanie słoni w Namibii odkrył, że zwierzęta te są w stanie usłyszeć ulewne deszcze w odległości aż 240 kilometrów. Badacze wykazali również, że te ogromne ssaki doskonale orientują się, gdzie pada i podążają w tamte miejsca.
Namibia, podobnie jak inne państwa w południowo - zachodniej Afryce, jest regionem suchych, gdzie przez cały rok utrzymują się upały. Zwierzęta, które tam żyją, nauczyły się doskonale funkcjonować w okresie pory deszczowej, która występuje zazwyczaj od stycznia do marca. Utworzone w tym czasie kałuże i strumienie wody wykorzystywane są do gaszenia pragnienia, ale także do kąpieli.
Naukowców zaskoczyły wędrówki słoni w okresie pory deszczowej. Stwierdzono, że zwierzęta mogą nagle zmienić kierunek marszu z niewyjaśnionych przyczyn. Aby rozwiązać zagadkę tych zachowań, badacze wyposażyli czternaście osobników w nadajniki GPS. Każdy ze słoni należał do innego stada.
Obserwacje prowadzono w latach 2002 - 2009. Przy pomocy satelity studiowano w tym czasie dane dotyczące opadów deszczu. Po przeanalizowaniu tych informacji, eksperci stwierdzili, że słonie zmierzają tam, gdzie pada deszcz. Ku zaskoczeniu naukowców, miejsce to może być oddalone nawet o 240 kilometrów.
22 września był światowym dniem nosorożców. Jest on świętowany szczególnie w krajach Afryki Południowej, będącej domem dla ponad 70 proc. dziko żyjących osobników. Przez 4 lata kłusownicy zabili już około 3500 nosorożców – średnio 3 sztuki dziennie.
Choć kampania na rzecz ochrony nosorożców trwa na co dzień, to przedostatni poniedziałek września był możliwością dotarcia do szerszego niż zwykle grona odbiorców. Nosorożce są gatunkiem zagrożonym – tak jak słonie – z powodu jednej, charakterystycznej części ciała – rogów.
Obosieczna broń
Takie „trofeum” z zamordowanego nosorożca ważące 1 kg, osiąga na czarnym rynku astronomiczną kwotę 65 tys. dolarów amerykańskich. Róg dorosłego osobnika nierzadko natomiast waży nawet 3 kg.
Julian Rademeyer, autor książki „Killing for profit”, (opłacalne zabijanie – tłum. red.) opisał odrażający proceder, z którego zyski przekraczają dochody z handlu kokainą czy obrót diamentami na światową skalę.
Tysiące przez lata, kilka dziennie
- Przez ostatnie 4 lata kłusownicy zabili około 3500 nosorożców, co daje zatrważającą liczbę 3 sztuk dziennie – powiedział pisarz. – W 2014 roku odstrzelono dla pieniędzy już 769 sztuk. Stado żyjące na terenie Narodowego Parku Krugera straciło najwięcej zwierząt – aż 489 sztuk.
Trudno się dziwić – obszar należący do rezerwatu wielkością dorównuje Izraelowi lub Belgii, a stara się pilnować 400 strażników.